Samsung Półmaraton w Szamotułach – część II

Pierwsze 11,5km biegało mi się rewelacyjnie, opisałem to w poprzednim wpisie.

Mijamy ostatni pachołek, nawracamy i niestety natychmiast poczułem bardzo mocny podmuch wiatru. W tym momencie zrozumiałem dlaczego tak rewelacyjnie się czułem – od 5 do 11km biegliśmy z wiatrem, a teraz czekało nas prawie 10km pod wiatr… Początkowo stwierdziłem, że nie będzie aż tak źle, schowałem się za plecami Krzysia Wasiewicza i czekałem na przebieg sytuacji. Jednak już pomiar czasu na 12km pozbawił mnie złudzeń – ten kilometr pokonaliśmy w 3:32, a do tej pory najwolniejszy międzyczas wynosił 3:19. Najgorsze jest to, że czułem się kompletnie bezsilny, dzisiaj wydaje mi się, że po prostu przegrałem walkę psychiczną i jak poczułem przeciwny wiatr zeszło ze mnie powietrze. Kolejne kilometry nie były wcale szybsze – 3:28 i 3:30, mimo takiego tempa czułem się jak na finiszu, ledwo unosiłem nogi, oddychałem chyba tak głośno, że słyszał mnie będący 300m przed nami lider 😊

Niestety jakieś 200m przed 15km popełniłem największy błąd w tym biegu – „puściłem plecy” biegnącego przede mną kolegi. Wydawało mi się, że chwilę odpocznę i jakoś dolecę do mety, jednak rzeczywistość okazała się brutalna. Samotny bieg w tej wichurze dla kogoś o tak monstrualnej posturze jak ja jest samobójstwem – tempo zupełnie spadło – raz złapałem nawet kilometr w 3:42, czyli dużo wolniej niż na biegu ciągłym. To mnie kompletnie załamało, w tym momencie było mi już wszystko jedno. Jeszcze 15 minut wcześniej myślałem, że to będzie mój bieg życia, a przeżywałem największy koszmar życia 😊 Byłem tak zniszczony, że na 17km obliczyłem, że do mety zostało mi 16 kółek na stadionie – nie byłem nawet w stanie obliczyć ile to jest 16 razy 400 😉 Co chwilę mijałem stojących przy trasie kibiców, którzy krzyczeli „już blisko”, „dasz radę”, „ostatni kilometr”. Zawsze lubię doping i bardzo dziękuję za takie wsparcie, ale nie tym razem… Na 20km myślałem, że to już koniec, że nie przebiegnę nawet metra i nie chodzi nawet o zmęczenie mięśniowe, gdyż to nie było aż takie duże – najzwyczajniej w świecie miałem dość, przez ostatnie 20 minut tej katorgi pod wiatr tak bardzo zwyzywałem bieganie, jak chyba nigdy w życiu.

Długo wyczekiwany moment

Jakieś 500m do mety zobaczyłem balony oznaczające „ostatnią kreskę” i postanowiłem jeszcze chociaż trochę powalczyć i okazało się, że nawet mam siły, niestety było już za późno. Do mety dobiegłem z czasem 1:11:11 – wynik może ładnie wyglądający, ale zupełnie mnie niezadowalający. Cel był jasny – miało być poniżej 70 minut, poniosłem klęskę – przegrałem ze sobą i z wiatrem. Najgorsze jest to, że jestem świadomy i przekonany, że byłem świetnie przygotowany i gotowy na wynik w granicach 1:09:30-1:10:00.

Ten bieg to dla mnie kolejna lekcja, żeby nigdy się nie poddawać.  Gdybym na 12km nie zaczął myśleć i kalkulować to na mecie byłbym pewnie jakieś 30 sekund szybciej, ale kolejny raz wygrała ze mną natura filozofa 😊 Oczywiście było pod wiatr, ale nie znaczy to, że ciągu kilku minut samopoczucie powinno się tak zmienić, to ewidentnie mój problem i błąd. Jeśli w dalszym ciągu będę tak rozmyślać to nie osiągnę zamierzonych celów…

Jednak tak na chłodno, 4 dni po biegu jestem umiarkowanie zadowolony. Po pierwsze kolejny raz zacząłem mocno, tego już się nie boję – 10km w 32:30 i 15km w 49:30 to już całkiem niezłe bieganie. Po drugie – ostatecznie ustanowiłem nowy rekord życiowy, gdyż pobiegłem kilka sekund szybciej niż na przydługim półmaratonie w Pile. Po trzecie do domu wróciłem z mikro wieżą Samsunga, którą dostałem za 6 miejsce 😉 Po czwarte – kolejny raz trafiłem z formą w dobrym momencie, o czym świadczy międzyczas na 10km lepszy niż wynik na Biegnij Warszawo. I wreszcie po piąte – to była najlepsza lekcja biegania półmaratonu w życiu.

Obiecałem sobie, że wyciągnę wnioski i wrócę mocniejszy zarówno fizycznie jak i psychicznie!

2017-10-12T21:37:41+01:30 12 października 2017|Starty|
Avada WordPress Theme