NN Rotterdam Marathon 2019 – debiut zaliczony

Do Holandii polecieliśmy już w piątek, na miejscu zrobiliśmy dwa lekkie rozruchy. Niestety achilles cały czas lekko bolał, bardzo chciałem pobiec, ale ostateczną decyzję odkładałem do niedzielnego poranka. Dopiero w niedzielę po przebudzeniu zdecydowałem, że spróbuję. Przypiąłem numerki do koszulki startowej, zjadłem lekkie śniadanie i czekałem na start.

Nie wiedziałem jak wytrzyma noga, ani w jakiej jestem dyspozycji. Wiedziałem jedynie, że nie jestem optymalnie przygotowany i w pewnym momencie na pewno to odczuję. Jakieś 30 minut przed startem wraz z Piotrkiem Mielewczykiem ruszyłem na rozgrzewkę – 2km lekkiego truchciku, ostatnia toaleta, krótkie przebieżki i weszliśmy do strefy startowej.

10 minut do startu a ja ciągle zastanawiam się jaką strategię obrać – pobiec asekuracyjnie po 3:30-3:35 min/km, czy jednak zaryzykować i zobaczyć ile jestem w stanie pobiec tempem, o którym myślałem jeszcze przed kontuzją achillesa (3:25-28 min/km).

Zaczyna się odliczanie i muszę przyznać łapią mnie dreszcze, czuje, że „za chwilę” mogę spełnić swoje marzenie i być maratończykiem.

Sygnał startowy i ruszamy… Szybka decyzja – próbuję, będzie co ma być, zaczynam mocno, bez asekuracji. Pierwsze kilometry płyną błyskawicznie. Czuje się rewelacyjnie. Od 3km zaczynam coraz mocniej czuć achillesa, ale adrenalina działa i skoncentrowany biegnę dalej. Zabieram się z grupą kobiet prowadzoną przez pacemakera, nie patrzę na zegarek, czuje się świetnie. Dobiegamy do 5km patrzę na zegar i widzę 17:05. Pomyślałem sobie „Mikołaj, szybko, to jest bardzo szybko”, odwracam się i widzę kilkuosobową grupę z biegaczką z Japonii, którą prowadzi jej „prywatny zając”. Szybka decyzja i na nich czekam. Zwalniam, przebiegam kilometr w 3:36 i już jestem w grupie. Jak się okazuje nie biegną wcale wolniej, kolejne kilometry 3:25 / 26 / 28. Dobiegamy do 10km, na zegarze widzę 34:31. To ciągle super tempo, ja też czuję się całkiem dobrze, biegnę spokojnie schowany w środku grupy. Jednak dobiegamy do punktu z wodą, Japonka nie łapie bidonu i mamy małe zamieszanie. Tempo zaczyna być szarpane, zwolnienie, przyspieszenie, kilometr w 3:19. To było dla mnie za szybko. Kolejny raz zwalniam i czekam na spokojniej biegnącą grupę.

Jednak coraz bardziej odczuwam bieg. Każdy kolejny krok powoduje też, że achilles coraz mocniej doskwiera. Ale staram się trzymać tempo, kolejne kilometry jakoś mijają. 15km i na zegarze widzę 52:04. To cały czas bardzo fajny wynik, jednak nogi stają się coraz cięższe. Jem żel energetyczny i lekko zwalniam licząc na to, że to tylko chwilowy kryzys. Niestety jest coraz gorzej, 20km mijam z czasem 1:09:59. Biegnę tak naprawdę sam, robi się coraz cieplej, na starcie było 14 stopni, po godzinie, w pełnym słońcu było zdecydowanie gorzej. Pije na każdym punkcie, co 3-4km oblewam się wodą. Czuje, że to nie jest tempo, które jestem w stanie wytrzymać przez kolejne 22km, więc podejmuje decyzję o gwałtownym zwolnieniu. Półmetek mijam z czasem 1:14:05. To międzyczas na wynik 2:28:10, ale wiem, że taki rezultat – biorąc pod uwagę ambitny początek – dzisiaj jest poza moim zasięgiem. W tym momencie wiedziałem, że mogłem tempem około 3:30-32 min/km dobiec do 30km, ale wtedy moja przygoda z maratonem by się zakończyła, a – mimo wszystkich problemów – bardzo chciałem ukończyć bieg. Zwalniam, biegnę po 3:50 min/km, niestety zwolnienie nie powoduje, że achilles przestaje boleć… Wręcz przeciwnie, każdy kolejny krok potęguje ból. Widzę 25km, ale już nie kontroluje czasu, bardziej staram się utrzymać luźny rytm i dosyć swobodny krok, który jest jak najmniej obciążający dla achillesa.

Około 25km na horyzoncie pojawia się Piotrek, na jednej z nawrotek widziałem, że zaczął bardzo ambitnie, więc szybko kalkuluję i wiem, że także jemu nie jest łatwo. Kolejne kilometry mijają bardzo wolno, wyprzedzają mnie kolejni biegacze, ale ja nie daję się ponieść fantazji. Gdzieś po drodze mijam Kamila Jastrzębskiego, który już tylko truchta, niestety tak wygląda maraton…

Na 31km zauważyłem leżącego na poboczu jednego z zawodników elity, to pokazuje, że było naprawdę ciepło. Gdzieś w okolicach 32km doganiam Piotrka, jednak jest już coraz ciężej, prędkości 3:50-55 min/km zaczynają sprawiać mi coraz większe problemy. Piotrek biegnie trochę luźniej, ale to też nie jest jego dzień (niestety kolejny raz stanął na starcie z chorobą uniemożliwiającą walkę o dobry wynik). Przez 6km biegnę z Piotrkiem, to fajna chwila, to mój partner treningowy, od kilku lat pokonaliśmy razem mnóstwo kilometrów i teraz spotkaliśmy się na trasie maratonu, szkoda tylko, że w takich męczarniach… Niestety na 37km nogi odmawiają mi posłuszeństwa, dosyć mocno zwalniam, co powoduje jeszcze większy ból achillesa, przez moment ból jest tak duży, że boję się czym dam radę dobiec…

Patrzę na zegarek, szybko liczę i wiem, że jest jeszcze szansa na wynik poniżej 2:40. Oczywiście to nie jest rezultat moich marzeń, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności to i tak nie ma dramatu. Jednak robi się okropnie ciężko, kolejne kilometry 4:17 / 4:22. Dobiegam do 40km i staję, nie jestem w stanie kontynuować biegu. Chcę się poddać, nastawiam się na spacer do mety. Opieram ręce o kolana, stoję tak kilkanaście sekund i nagle słyszę okrzyki ‘Mikolaj, Mikolaj’, to dodaje mi energii i podejmuję ostateczną walkę. Ruszam, biegnę bardzo wolno, pewnie po 4:30 min/km, wszystko boli, bardzo ciężko podnoszę nogi a każde uderzenie lewą stopą o asfalt sprawia mi ogromny ból… Widzę znak 500m do mety, wiem, że przebiegnę ten maraton poniżej 2:40. Zaczynam się cieszyć, zdaje sobie sprawę, że – mimo wszystkich przeszkód, problemów z achillesami, braków treningowych – zrobiłem to jestem maratończykiem. Ostatnie 200m biegnę z uniesionymi rękoma, świętuję, nie walczę o sekundy. Na mecie czeka Piotrek i pokazuje mi, że mam zrobić „cieszynkę Mo Faraha” (tak się umówiliśmy), więc na metę wbiegam jak Mo Farah, tylko jakieś 35 minut wolniej 😉

Cieszynka Mo Faraha w pierwszej fazie 🙂

Ostatecznie na mecie zameldowałem się z czasem 2:39:29. Jednak nie ma to dla mnie większego znaczenia. Wiem, że to wynik dużo poniżej moich możliwości. Nawet tego dnia mogłem zacząć spokojnie – chociażby po 3:32-35 i miałbym ogromne szanse na ostateczny wynik w okolicach 2:32. Jednak to nie jest w moim stylu, jestem walczakiem i musiałem podjąć – być może szaleńczą – próbę. Dzięki temu jestem z siebie zadowolony, wiem, że spróbowałem i na własnej skórze przekonałem się o tym, że maratonu nie da się pobiec bez treningu. Maraton uwypukla wszystkie słabości, tak też było w moim przypadku.

Z każdą godziną mijającą od przekroczenia przeze mnie mety achilles bolał coraz bardziej, w poniedziałek obudziłem się z dużym obrzękiem, miałem problemy z normalnym chodzeniem. Dzisiaj już 5 dzień nie biegam i to pewnie trochę jeszcze potrwa. Tym razem chcę już trochę lepiej się wyleczyć, ale to już opowieść na inny wpis…

Podsumowując – jestem maratończykiem, ale na pewno jeszcze niespełnionym. Jak zdrowie pozwoli jeszcze w tym roku postaram się znacznie poprawić uzyskany w Rotterdamie wynik. Jednak teraz mam jeden cel – wyleczyć achillesa.

2019-04-14T19:47:17+01:30 12 kwietnia 2019|Starty|
Avada WordPress Theme