Mistrzostwa w zarządzaniu bólem

Jakiś czasu temu pomyślałem, że warto ściągnąć tą zapuszczoną przez większość sportowców zasłonę milczenia (pojęcie m.in. z filozofii Rawlsa) i zacząć pisać/ mówić o tym, że nie wszystko jest takie kolorowe, na jakie wygląda. Od razu zaznaczam, że nie jest moim zamiarem użalanie się nad sobą czy narzekanie. Wręcz przeciwnie lubię ten stan, robię to, co sprawia mi przyjemność i jak na razie nie mam zamiaru tego zmieniać. Ale…

Jak już kiedyś pisałem, podczas samotnych treningów staram się „nie marnować czasu” i słucham podcastów albo audiobooków. Kilka tygodniu temu podczas brzydkiego, szarego i deszczowego dnia słuchałem wywiadu z Ryanem Hallem, który jest jedynym Amerykaninem, który pobiegł maraton poniżej 2:05 (2:04:58 w Bostonie w 2011 roku) oraz aktualnym rekordzistą USA w półmaratonie (59:43). Ryan już od kilku lat nie biega, dlatego w wywiadzie ze szczerością opowiadał o trudach profesjonalnego treningu. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jego stwierdzenie, że biegacz to tak naprawdę „professional pain manager”, czyli człowiek zawodowo zarządzający bólem. Tego najczęściej nie zobaczymy w mediach społecznościowych, ale życie tzw. szybkobiegaczy nie ma wiele wspólnego – z trochę mnie śmieszącymi – wydzielającymi się endorfinami. To najczęściej codzienna, monotonna i wykańczająca walka z bólem zarówno psychicznym jak i fizycznym. W jednym z wywiadów po świetnym występie na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie Henryk Szost powiedział, że jeżeli podczas maratony nie bolą go włosy, to znaczy, że są jeszcze rezerwy.

Takie tam po biegu 😉

Justyna Kowalczyk w jednym z swoich felietonów dla „Gazety Wyborczej” napisała, że:

„Ból i sport wyczynowy zawsze idą w parze. Choć każdy z nas ma inny próg bólu, to – w większości dyscyplin – sportowiec, który potrafi znieść więcej, wygrywa. Od strony fizjologicznej to dość prosta zależność. Uczucie bólu powstaje w wyniku podrażnienia receptorów bólowych. Impuls przesyłany jest przez nerwy do rdzenia kręgowego i dalej do kory mózgowej. W korze powstaje wrażenie bólu.
Mentalnie to już takie proste nie jest”.

W sporcie wyczynowym, gdzie poziom jest niesamowicie wyrównany wygrywa ten, który potrafi znieść więcej bólu najpierw na treningu i – co najważniejsze – na zawodach. Szczerze mówiąc – nienawidzę a zarazem kocham ten stan, kiedy wszystko boli, nic już nie widzę, nogi ważą więcej niż Statua Wolności a tętno dobija do prędkości kosmicznych. Jestem szalony, ale każdy sportowiec, jeśli chce się rozwijać musi mieć w sobie odrobinę szaleństwa 😊

Oczywiście zupełnie co innego jak ból spowodowany jest kontuzją, wtedy na dłuższą metę “silną głową” niewiele da się wywalczyć, o czym sam dobitnie się przekonałem. Także dajcie się czasami ponieść odrobinie szaleństwa, ale wszystko w rozsądnych ilościach, te skrajne zmęczenie niech będzie zarezerwowane dla tych top biegaczy, dla których zarządzanie bólem jest pracą.

2019-01-13T21:11:56+01:30 13 stycznia 2019|Filozofia|
Avada WordPress Theme