Miesiąc treningu i Nocny Półmaraton we Wrocławiu

Za mną już ponad miesiąc regularnego treningu. W normalnych okolicznościach nie byłby to jakiś wielki sukces, ale biorąc pod uwagę moje ostatnie problemy zdrowotne to całkiem fajny wynik 🙂

Zacząłem z bardzo niskiego poziomu sportowego, po kilku dniach truchtania (po usunięciu płynu z torbieli) wystartowałem w Akademickich Mistrzostwach Polski na 3000m. Uzyskałem tam najgorszy czas w dotychczasowych startach na tym dystansie (chyba 10:12). To pokazało mi jak dużo czeka mnie pracy żeby wrócić na jakiś przyzwoity poziom. Dzięki już całkiem sporemu doświadczeniu wiedziałem, że nie mogę się teraz rzucić w wir treningu, gdyż nie jestem na to gotowy zarówno ze względu na formę jak i stan moich achillesów.

Pierwszy tydzień po AMP-ach był raczej spokojny, łącznie przebiegłem 75km. W tym czasie zrobiłem dwa akcenty: 6km biegu ciągłego (tempo 3:45 min/km) oraz start w Parkrun Jabłonna (17:53). Szło ciężko, żeby nie powiedzieć bardzo ciężko. Przez przerwę przytyłem kilka kilogramów, oczywiście ciągle wyglądam na chuderlaka, ale to jednak czuć 🙂

Parkrun Jabłonna

Kolejny tydzień był bardzo podobny, tylko udało mi się trochę więcej pobiegać, gdyż łącznie wyszło lekko ponad 90km. Znowu zrobiłem 6km ciągłego (już troszeczkę szybciej – po 3:41 min/km), dodatkowo dołożyłem kilka rytmów na odcinku 200m. Tydzień zakończyłem startem w Parkrun Pruszków, gdzie biegło mi się już dużo lepiej, co niekonicznie widać po wyniku (17:48).

Czwarty tydzień treningu stał pod znakiem startu w Nocnym Półmaratonie we Wrocławiu. Trochę obawiałem się tego biegu, gdyż nie miałem pojęcia jakim tempem mam pobiec… Dlatego na środę zaplanowałem sobie testowe tempo: 3km+2km+1km+10*200m. Pierwszy (z mojego punktu widzenia najważniejszy) przebiegłem odcinek przebiegłem w 10:28. Założyłem sobie, że to tempo jestem w stanie utrzymać mniej więcej na dystansie 15km, dlatego we Wrocławiu muszę wystartować troszeczkę wolniej.

Start półmaratonu we Wrocławiu zaplanowano na 22:00. Na całe szczęście pogoda sprzyjała szybkiemu bieganiu (oczywiście biorąc pod uwagę co się działo w poprzedzających dniach), gdyż lekko zaczął padać deszcz. Wiedząc, że nie jestem dobrze przygotowany stanąłem sobie w 3 linii, żeby nie ruszyć za szybko od startu, gdyż za to mogłem zapłacić w dalszej części biegu.

Start…

Wystrzał startera i ruszamy. Muszę przyznać, że cieszyłem się jak dziecko, znowu mogłem wystartować w dużym biegu. Jednak po 200-300m euforii musiałem się uspokoić i wrócić do planowanego tempa. Po kilometrze złapałem się w grupę, biegaliśmy po 3:35-3:33 min/km, biegłem sobie spokojnie na końcu kilkuosobowej grupy i ciszyłem się biegiem. Jednak na 8km tempo drastycznie spadło, dlatego zdecydowałem się, że prowadzenie muszę wziąć na siebie. Okazało się, że nikt za mną nie pobiegł i od tego momentu aż do mety biegłem praktycznie sam mijając kolejnych biegaczy. Znacznik 10km minąłem po 35:40, bardzo mnie to ucieszyło, gdyż czułem się dobrze! Zdecydowałem się nawet na przyspieszenie, kolejne kilometry pokonywałem lekko poniżej 3:30, dzięki temu doganiałem kolejnych biegaczy, co dodatkowo mnie mobilizowało. Na 15km zameldowałem się z czasem 53:18, jednak zacząłem odczuwać trudy biegu, okazało się że moja szarża była troszeczkę zbyt wczesna. Kolejne kilometry mijałem w 3:43, 3:45 i 3:42. Na 18km zebrałem się w sobie i udało się wrócić do założonego tempa, ale nogi były już naprawdę ciężkie. Biegłem przede wszystkim głową, przed biegiem wyznaczyłem sobie cel – złamanie 1:16. Wiedziałem, że muszę trzymać tempo żeby to się udało. Dodatkową mobilizacją był biegacz, którego zauważyłem na 20km, był jakieś 50m przede mną. „Dopadnięcie go” było moim ostatnim celem na ten bieg – udało się! Wbiegając na Stadion Olimpijski byłem przed nim. Widząc zegar i czas 1:15:28 mogłem unieść rękę w górę w geście radości.

Meta we Wrocławiu

Co ciekawe na dystansie 21,1km utrzymałem tempo z zeszłotygodniowego Parkruna! Start we Wrocławiu sprawił mi wiele radości i dał dodatkową motywację do treningu. Wiem, że krok po kroku mogę wrócić na przyzwoity poziom. Najważniejsze jest zdrowie i cierpliwość.

Walczę dalej! Cały czas sumiennie wykonuje ćwiczenia zalecone przez dra Biernata oraz dużo więcej czasu poświęcam na rozciąganie. To przynosi efekty. W weekend kolejny raz idę do lekarza, który zajmuje się naroślą w Trójkącie Kagera, która znowu się odzywa, mam nadzieję, że znowu uda się temu zaradzić.

2019-06-21T20:16:59+00:00 20 czerwca 2019|Mój trening, Starty|
Avada WordPress Theme