Kontuzja achillesa – moja historia

Jakiś czas temu na blogu obiecałem, że opiszę jak wyglądała moja „walka” z bólem w okolicach ścięgna achillesa. Długo się za ten tekst zbierałem, z kilku względów – najważniejszy z nich to obawa, że ból wróci i moje wywody na temat powrotu do zdrowia okażą się farsą. Jednak regularnie biegam już 2,5 miesiąca, więc wydaje się, że to odpowiedni moment na małą spowiedź 😉

Ból w okolicach ścięgna achillesa poczułem w pierwszym tygodniu kwietnia, podczas obozu w Szklarskiej Porębie. Pojawił się po rozbieganiu w lekko śliskim (śnieg i lód) terenie. Czy to była przyczyna? Tego nie wiem, ale tak to zapamiętałem. Początkowo starałem się działać doraźnie – smarować, rolować i masować. Jednak to nie zdawało się na wiele, zrobiłem dzień wolny i także nie było lepiej. Wtedy pojechałem do lekarza do pobliskich Kowar, który (bez żadnych badań, na tzw. oko) stwierdził, że jest problem z kaletką, dostałem lek bezpośrednio do ścięgna i zakaz biegania przez najbliższe 3-4 tygodnie. To był dla mnie bardzo duży cios, bo za 3 tygodnie miałem pobiec w MP na 10 000m, do których szykowałem się od listopada. Dzień później w fatalnym nastroju wróciłem do Warszawy.

W stolicy udałem się do dwóch różnych fizjoterapeutów i żaden z nich nie mógł znaleźć przyczyny bólu (najprawdopodobniej działał jeszcze lek). Jednak po kilku zabiegach fizjoterapeutycznych ból jakby zniknął. Wtedy postanowiłem zrobić rozruch i  wystartować w Biegu SGH, który miał być przetarciem przed MP. Bieg okazał się klapą, pobiegłem bardzo słabo, a na dodatek dzień później wrócił ból… To oznaczało, że start w MP jest wykluczony. I tu zaczęła się moja pielgrzymka po gabinetach lekarskich i fizjoterapeutycznych. Zrobiłem dwa niezależne USG oraz prześwietlenie pięty – oprócz lekkiego zgrubienia na ścięgnie badania zupełnie nic nie wykazywały! Dalej chodziłem do fizjoterapeutów, każdemu dawałem trochę czasu, bo wiem, że jeden zabieg nie musi przynieść oszałamiających efektów. Jednak poprawa była tylko chwilowa. Stosowałem także inne pomoce – taśmę floss, ćwiczenia z Protokołu Alferdsona czy obcęgi, które pożyczył mi Wojtek Długołęcki z Reh-Art. Trwało to dwa miesiące, bez większych efektów – co tydzień wychodziłem potruchtać i zawsze po kilku kilometrach z bólem wracałem do domu. Kupiłem sobie rower szosowy i prawie codziennie na nim kręciłem, już pogodziłem się z tym, że ciężko będzie wrócić do biegania – niby chodziłem do fizjoterapeutów, ale nikt nie wiedział co to za ból i jak z nim walczyć.  W końcu – z polecenia Pawła Ochala – trafiłem do Andrzeja Krawczyka, osteopaty przyjmującego w Warszawie. To był przełomowy moment, do domu wróciłem mocno ponastawiany i – co chyba kluczowe – ze specjalnie dla mnie wyprofilowanymi wkładami. Usłyszałem, że mam nosić wkładki do każdych butów i w każdej sytuacji a za 5 dni będę mógł biegać. Muszę przyznać – byłem pesymistycznie nastawiony, ale co mi zostało, posłuchałem się i tak zrobiłem. Po 5 dniach wyszedłem pobiegać i biegam do dzisiaj 😊 Pierwsze kilometry były niepewne, ale ból jakby ktoś ręką odjął. Wychodzi na to, że po wielu tygodniach walki pomogły mi wkładki…

Teraz nigdzie się bez nich nie ruszam 😉 To nie znaczy, że odpuściłem sobie ćwiczenia, rolowanie czy automasaż. Cały czas dużo czasu zajmuje mi pielęgnacja achillesa i łydki, ale najważniejsze, że mogę biegać!

Oczywiście każdy przypadek jest inny i komuś wkładki mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc, ale dla mnie okazały się zbawienne. Jaki z tego morał – nie poddawajcie się w walce z kontuzjami, szukajcie rozwiązań, nie zamykajcie się na żadne opcje a kiedyś znajdziecie swoją drogę 😊

2018-10-02T20:38:20+01:30 2 października 2018|Mój trening|
Avada WordPress Theme