Jak (nie)przygotowałem się do maratonu

Pomysł na kolejną próbę przygotowania się do maratońskiego debiut pojawił się już w Walencji, gdzie – z ogromną zazdrością – oglądałem zmagania maratończyków. Bardzo chciałem być jednym z nich, ale niestety zdrowie nie pozwoliło mi wystartować. Na całe szczęście od początku grudnia nogi przestały boleć i mogłem spokojnie wrócić do regularnego treningu. Pod koniec roku zdecydowałem – chcę pobiec maraton w Rotterdamie. W głowie ułożyłem sobie 16-tygodniowy plan treningowy. Wiedziałem, że to wystarczający okres na przygotowanie się do solidnego debiutu.

Pierwsze 6 tygodni wyszło mi naprawdę fajnie, regularnie biegałem po 115-130km tygodniowo a i poszczególne treningi były całkiem przyzwoite. Akcenty maratońskie warte odnotowania to:

– start w Białołęckim Biegu Wolności (13km po około 3:34 min/km)

– 14km po 3:37 min/km

– 20km po 3:43 min/km (narastająco od 4:00 do 3:35)

– 24km po 3:48 min/km (narastająco od 3:55 do 3:40)

– 10*1km po 3:14

– 30km po 3:50 min/km

– start w Biegu Chomiczówki (nieudany przez problemy z kolką – 52:16)

– 14km po 3:30 min/km

– 32km po 3:53 min/km

– 34km po 3:56 min/km

14 lutego wystartowałem w Armagh na 5km. Osiągnąłem tam całkiem niezły (jak na powrót po kontuzji) czas – 15:45. Szczegółową relację możecie znaleźć na moim blogu.

Po powrocie z Irlandii biegało mi się dużo łatwiej. Kolejne warte uwagi treningi to:

– 30km po 3:45 min/km (narastająco od 4:00 do 3:30)

– 8*2km po 6:40

– 35km po 3:53 min/km

– 12*1km po 3:16

– 30km po 3:39 min/km (narastająco od 3:45 do 3:30)

Jednak każdy kolejny dzień był gorszy, ale nie dlatego że byłem zmęczony (bo nie byłem – czułem się super), problemem były achillesy – raz jeden, raz drugi. Robiłem, co umiałem – masowałem, rozciągałem, chodziłem do fizjoterapeuty i niestety wiele razy odpuszczałem bieganie. Na prawą nogę pomogło usunięcie torbielą, ból zniknął jak ręką odjął i mogłem wystartować w Poznaniu na 10km (32:43).

Znowu uwierzyłem, czułem się rewelacyjnie, kolejny trening to 6 razy 3km, biegało mi się świetnie tempo 3:22 min/km było dosyć komfortowe. Jednak następnego dnia obudziłem się z dużym bólem lewego achillesa, miałem spore problemy z normalnym chodzeniem. Konieczny był tydzień wolnego… A maraton zbliżał się nieubłaganie. Po tygodniu przerwy (wypełnionym próbami przywrócenia ładu w nodze) wyszedłem pobiegać. Było całkiem nieźle, dwa dni truchtania i stwierdziłem, że jak chcę wystartować w maratonie (który jest za 2 tygodnie) muszę sprawdzić nogę – przebiegłem 30km po 3:52 min/km. Udało się, noga „przeżyła”, od tamtego czasu staram się biegać, jednak nie jest to regularny trening. Biegam 2-3 dni i robię dzień wolny, żeby noga mogła odpocząć. To w tym momencie chyba jedyny sposób, aby spróbować podjąć walkę o jakiś przyzwoity wynik w maratonie.

Jednak zdaję sobie sprawę, że nawet jak uda mi się wystartować (mam nadzieję, że zdrowie pozwoli), to nie stanę na starcie przygotowany, tak jakby chciał. Średni kilometraż z 15 tygodniowych przygotowań to tylko 100km, zdecydowanie za mało (jak na mnie) żeby myśleć o dobrym wyniku. Tak naprawdę mogę być zadowolony tylko z jednego elementu treningu, czyli biegów długich. Zrobiłem siedem „trzydziestek”, to już całkiem dobra baza. Jednak zupełnie nie ma obieganych odcinków jakimś „tempem maratońskim”, na to po prostu nie miałem czasu i zdrowia…

Do maratonu zostało kilka dni, teraz najważniejsze jest zdrowie. Jeżeli noga pozwoli, to wystartuję w niedzielę i powalczę o jakiś możliwie dobry wynik. Jak będzie? Nie mam pojęcia, nie wiem na jaki czas jestem przygotowany, a co gorsze nie wiem, czy noga wytrzyma tak ogromne obciążenie jakim jest maraton…

Trzymajcie kciuki za zdrowie, całą resztę wyszarpię sam w walce, której i tak już mam mnóstwo podczas tych przygotowań…

2019-04-03T19:44:34+01:30 3 kwietnia 2019|Mój trening|
Avada WordPress Theme