Jak dobrze wrócić…

Udało się, wróciłem do ścigania się na zawodach! Pewnie na tym mógłbym skończyć wpis dotyczący mojego udziału w II Królewskim Festiwalu Biegowym Warszawa-Wilanów. Oczywiście, żartuję – nie jest tak źle, wynik na mecie, czyli 33:13, biorąc pod uwagę trzymiesięczny rozbrat z bieganiem – uważam za całkiem niezły 😊

Na dobre do treningu wróciłem w połowie lipca. Pierwsze dwa tygodnie to było bardzo spokojne wprowadzenie, na każdym treningu obawiałem się o stan mojego achillesa, każdy kolejny krok wywoływał u mnie lekką obawę. Do tego moja dyspozycja biegowa była wyjątkowo słaba, chyba najgorsza od dobrych kilku lat 😉 Jednak po kilku tygodniach treningu zacząłem czuć się coraz lepiej, kilka udanych biegów ciągłych, coraz szybsze tempo na rozbieganiach i dwa treningi na krótkich odcinkach na stadionie sprawiły, że uwierzyłem w niezły wynik w Wilanowie.

Cel minimum jaki sobie założyłem przed biegiem to 33:XX, owszem w głowie pojawiały się myśli, że stać mnie na bieganie w granicach 32-32:30, ale nie chciałem nakładać na sobie zupełnie niepotrzebnej presji. Do biegu starałem się podejść na luzie, nawet dokładnie nie sprawdzałem listy startowej, a mimo to dzień przed startem pojawił się lekki stres – zacząłem się bać tego skrajnego zmęczenia, które towarzyszy zawodom 😊 Jednak taka lekka (to ważne) adrenalina wpływa na mnie pozytywnie.

Ostatni zryw – 500m do mety

Co do samego biegu, to już na starcie okazało się, że czeka mnie samotna walka z czasem, gdyż nie pojawił się nikt z kim mógłbym bezpośrednio rywalizować. Kuba Nowak był tego dnia poza moim zasięgiem, a inni koledzy zapowiadali walkę o złamanie 34’, a miałem apetyt na coś więcej. Pierwsze 500m ambitnie pobiegłem za Kubą, jednak czułem, że to nie jest komfortowe tempo, dlatego postanowiłem zwolnić i „biec swoje”. Muszę przyznać, że nie było lekko, już na 1km czułem zmęczenie, a nie było jakoś bardzo szybko, bo złapałem międzyczas 3:09. Takie tempo przed kontuzją nie sprawiało na mnie większego wrażenia (oczywiście mowa o początku biegu 😉). Kolejne kilometry był wolniejsze – 3:16, 3:19, 3:18, 3:19. Pierwszą piątkę minąłem w 16:32 (czas złapany przeze mnie), ale było coraz ciężej – co widać w czasach kolejnych kilometrów – 3:23, 3:23, 3:22, 3:23. Niby biegło mi się komfortowo, ale nie czułem się na siłach żeby cokolwiek przyspieszyć, nie pomagał także fakt, że Kuba daleko mi uciekł, a i za mną nie było nikogo widać. Przypomniałem sobie, co znaczy samotność długodystansowca, byłem sam ze sobą i swoimi słabościami. Na całej trasie, nie licząc okolic startu i mety nie było kibiców, więc nie miał kto motywować do większej walki, a jestem typem, który lubi dodatkowe bodźce. Dopiero kilkaset metrów przed metą usłyszałem doping i zdołałem lekko przyspieszyć (ostatni kilometr 3:16), co w efekcie dało na mecie – 33:13.

Na mecie 🙂

Po biegu czułem (i ciągle czuję) lekki niedosyt, ale to dobrze. Sezon się dla mnie dopiero zaczyna i z każdym startem powinno być coraz lepiej, najważniejsze że zdrowie pozwala biegać. Następny sprawdzian formy już 7 października podczas półmaratonu w Szamotułach, tam powalczę już o jakiś bardziej wartościowy wynik 😊

2018-09-11T16:54:53+01:30 11 września 2018|Starty|
Avada WordPress Theme