Co wiemy po wyczynie Kipchoge?

W ubiegły weekend Eliud Kipchoge dokonał czegoś co jeszcze kilka lat temu wydawało się niemożliwe – przebiegł dystans maratoński w niecałe dwie godziny (dokładnie 1:59:40.2). Zaraz po przebiegnięciu Kenijczyka przez linię metę pojawiły się głosy zachwytu, porównujące ten wyczyn do pierwszego lądowania człowieka na Księżycu. Swoją drogą, pod wieloma względami projekty Breaking2 i Ineos 1:59 Challenge przypominają projekt Apollo. Oba na swój sposób były przełomowe technologicznie i niezwykle obficie finansowane.  Oczywiście – jak to zwykle bywa – wielu ekspertów i kibiców jest negatywnie nastawionych do tego biegu, mówiąc, że to nie ma wiele wspólnego z rywalizacją sportową a jest czystą komercyjną imprezą mającą na celu reklamę sponsorów i zarobek na nowych modelach butów, które mają zagwarantować lepsze osiągi 😉

Jeśli chodzi o moje zdanie to jest ono zdecydowanie bardziej wyważone. Bieg Kipchoge ani mnie nie zaskoczył (szczególnie po próbie z 2017 roku), ani nie wzbudził we mnie wielkich emocji. Jedno trzeba przyznać – Nike i Ineos zorganizowały rewelacyjny happening, który przyciągnął ogromną widownię i spowodował ogromne zyski (ciekawy jestem zestawień finansowych i wzrostu sprzedaży tych niebotycznie drogich butów). W imprezę zainwestowano tak ogromne pieniądze, że na „zającowanie” zgodzili się medaliści Igrzysk Olimpijskich i Mistrzostw Świata, a Kipchoge biegł po świeżo wylanym fragmencie asfaltu!

A sam aspekt sportowy? Trudno nie doceniać tego, co zrobił Kipchoge. Nie dość, że zdominował zmagania maratońskie w ostatnich kilku latach i poprawił rekord świata, to jeszcze rozprawił się z magiczną barierą dwóch godzin. Owszem wynik osiągnięty we Wiedniu nie będzie uznany za rekord świata, bo próba odbywała się w laboratoryjnych warunkach, ale to nie zmienia faktu, że Kipchoge „na własnych nogach” w rekordowym tempie przebył dystans 42 km 195 m 😉 To było przede wszystkim pokonanie bariery psychologicznej i udowodnienie, że „no human is limited”. Wydaje mi się, że właśnie o to chodziło organizatorom…

Osobiście – jeśli chodzi o względy sportowe – bardziej cenię występ Keninisy Bekele, który kilka tygodni temu w Berlinie na dwie sekundy zbliżył się do – wydawałoby się niesamowitego – rekordu świata Kipchoge. Zdecydowanie wolę „prawdziwą” rywalizację, ściganie się bark w bark z rywalami niż „czasówki” odbywające się w laboratoryjnych warunkach. Bieganie kojarzy mi się z pojedynkami Haile Gebrselassie i Keneninsy Bekele. Jeżeli ktoś nie oglądał ich – zapierającej dech w piersiach – rywalizacji na bieżni, to szczerze polecam. Do dzisiaj przechodzą mnie dreszcze jak to oglądam.

A Kipchoge? Jest wybitnym biegaczem, pewnie najlepszym maratończykiem w historii, którzy korzystając z najnowszych technologii dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe. Mam nadzieję, że wszystko odbywało się na zasadach fair play i nie mieliśmy do czynienia z żadnym rodzajem dopingu (czy to biologicznego czy technologicznego, poprzez nieregulaminowe buty). Niech będzie dla nas wszystkich dodatkową motywacją, że warto mieć ambitne cele i dążyć do ich realizacji. Wszystko jest możliwe, nawet bez butów za tysiąc złotych 😉

Nam pozostaje czekać na podobne wyniki uzyskiwane podczas zawodów, bo to jednak tam toczy się ta najciekawsza rywalizacja. Kolejni biegacze mogą podziękować firmie Nike i Eliudowi za motywację i buty rodem z XXI wieku, jednak wiosną zamiast kolejnego happeningu sportowego chciałbym pojedynku Kipchoge-Bekele. Chyba, że obaj zdecydują się na start na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio…. to byłyby piękny wyścig, pewnie mniej medialny niż wiedeńska czasówka, ale jednak ja wybieram rywalizację sportową zamiast komercyjnego spektaklu. Czy nie jestem nadmiernym idealistą?

Zdj. https://www.businessinsider.com/kenyan-marathoner-broke-2-hour-record-doesnt-count-2019-10?IR=T

2019-10-17T18:32:38+01:30 17 października 2019|Mój trening|
Avada WordPress Theme