Brutalny sport…

Do Mistrzostw Polski na 10 000m, które miały być moim docelowym startem zostało kilka dni, a ja nawet nie mogę biegać, to pokazuje jak sport potrafi dać w kość.

Bieg w Łomży był moim głównym celem na ten rok. To z myślą o nim zacząłem przygotowania w listopadzie ubiegłego roku. Żeby dobrze się przygotować poświęciłem mnóstwo sił, wiary no i nie ma co ukrywać pieniędzy. Często wstawałem przed 5 rano żeby zrobić trening, biegałem w okropnych warunkach, było zimno, ciemno, wietrznie, padał śnieg i deszcz. Przez większość krótkich, zimowych dni trenowałem dwa razy dziennie – przed pracą i po pracy, zawsze po ciemku. Na własny koszt wyjechałem na obozy w Portugalii i Szklarskiej Porębie, poświęciłem na to praktycznie cały urlop. Wszystko szło w dobrym kierunku, z treningu na trening czułem się mocniejszy zarówno fizycznie jak i psychicznie. I wtedy – 3 tygodnie przed zawodami poczułem ból w achillesie, początkowo  starałem się z nim walczyć “domowymi” metodami normalnie przy tym trenując. Jednak po kilku dniach okazało się to niemożliwe, w tym momencie nie biegam już ponad tydzień. Wydaje się, że już za kilka dni będę mógł spróbować coś potruchtać, ale moje wymarzone (i praktycznie wytrenowane) Mistrzostwa Polski bezpowrotnie uciekły. Kolejna okazja dopiero za rok…

Jak się z tym czuje? Skłamałbym, gdybym powiedział, że dobrze. Najdelikatniej mówiąc jestem wściekły. Jednak wiem, że w tym momencie jedyne, co mogę zrobić, to starać się wrócić do pełnej sprawności i jeszcze coś w tym roku nabiegać.

Pewne jest to, że zmieniłem podejście do biegania… W pierwszym momencie kontuzji bieganie było moim największym wrogiem, teraz już mi go trochę brakuje, ale nie wiem czy znajdę jeszcze taką motywację jak przez ostatnie pół roku. Tym przygotowaniom poświęciłem wiele – rozpocząłem współpracę z Pawłem Ochalem, jeździłem na obozy, wybiegałem mnóstwo kilometrów w fatalnych warunkach i to wszystko przy nieustannym braku czasu związanym z uczelnią i pracą.

Podczas odbywającego się w miniony weekend maratonu w Warszawie przez większość trasy jechałem na rowerze obok Mariusza Giżyńskiego, który wykazał się wielką wolą walki. Na żywo skrajny wysiłek wygląda zupełnie inaczej, momentami kiedy Giża wyprzedzał kolejnych zawodników przechodziły mnie dreszcze, to było coś pięknego.  To na pewno był dla mnie kop motywacyjny, ale czy na tyle silny by raz jeszcze aż tak poświęcić się przygotowaniom? Wykonywanie praktycznie wyczynowego treningu przy pracy na pełen etat i obowiązkach na uczelni wymaga wielu wyrzeczeń i świetnej organizacji czasu. Tylko jak się do tego zmotywować, po tym jak trenowałeś pół roku do jednego startu i nawet nie będzie ci dane w nim wystartować?

Taki sport powiecie i będziecie mieli rację. Nie jestem pierwszym sportowcem, którego spotkała taka sytuacja, dlatego postaram się wyjść z niej obronną ręką. Może czas na jakieś nowe wyzwania? 😉

2018-04-24T19:57:23+01:30 24 kwietnia 2018|Mój trening, Starty|
Avada WordPress Theme