Biegacz. Historia upadku

Swoją historię upadku zacznę od największego sukcesu, czyli MP na 10 000 m odbywających się w Rybniku w kwietniu 2017 roku. To był mój najlepszy moment w biegowej przygodzie, trenowałem według własnego planu i to zaprocentowało wymarzonym rezultatem, potem było już tylko gorzej. Na początek po sukcesie w Rybniku za bardzo słuchałem innych i zacząłem trenować zbyt ciężko. Biegałem dużo i szybko, a to nie przyniosło oczekiwanych efektów. W związku z tym zamiast fali wznoszącej, do końca 2017 roku wyniki było coraz gorsze… Dlatego zdecydowałem się na rozpoczęcie współpracy z Pawłem Ochalem. Trening proponowany przez Pawła bardzo mi pasował, czułem, że z dnia na dzień jestem silniejszy. Pierwsze efekty przyszły już w styczniu 2018 roku, kiedy to podczas Biegu Chomiczówki uzyskałem rekordowe 49:25 i czułem się świetnie. Potem obozy w Monte Gordo i Szklarskiej Porębie, wszystko szło genialnie. Zrobiłem kilka rekordowych treningów – m.in. 10 razy 1km po 3:03 na krótkiej przerwie. Czułem się znakomicie, wierzyłem, że za 3 tygodnie na MP na 10 000m mogę zrobić potężny rekord życiowy. I nagle pojawił się ból w okolicach ścięgna achillesa. I wszystko się zaczęło…, a nie lepiej to nazywać po imieniu – zacięło.

Zacząłem swój rajd po lekarzach, fizjoterapeutach i różnego typu magikach. Zrobiłem kilka różnych USG, byłem u różnych specjalistów, poddałem się akupresurze. Wydawało mi się, że robiłem wszystko – specjalne buty, wkładki, ćwiczenia, sterydy. Po 3 miesiąca czułem, że jest dobrze i wróciłem do biegania. Po rozmowie z Pawłem zdecydowałem się, że atakujemy maraton. Trening zaczynałem z bardzo niskiego poziomu, jednak z tygodnia na tydzień było lepiej – we wrześniu pobiegłem dychę w 33 minuty i połówkę w 1:12. To były dobre sygnały, była szansa na fajny debiut w maratonie, ale nie może być tak łatwo… Znowu 3 tygodnie przez maratonem pojawił się ból w okolicach achillesa, próbowałem szybkich działań, jednak nic nie przynosiło efektów. Marzenia o debiucie w maratonie musiałem odłożyć. Byłem załamany, kolejny raz zdrowie nie pozwoliło wystartować w starcie docelowym, ale najgorsze jest to, że w dalszym ciągu nie wiedziałem, co się dzieje… Czułem ból w okolicach ścięgna achillesa, ale USG nic ciekawego nie wykazywało. Kolejny miesiąc przerwy. Wróciłem do samodzielnego treningu, jednak nie dlatego, że współpraca z Pawłem była zła, ale dlatego, że nie wiedziałem co będzie z moim zdrowiem….

W styczniu zdecydowałem, że podejmuję kolejną próbę przygotowań maratońskich. Po drodze 5km w Armagh w 15:45 i 10km w Poznaniu w 32:43. Znowu czułem, że trening idzie w dobrym kierunku. Jednak znowu ta sama śpiewka – 5 tygodni przed maratonem ból w okolicach achillesa. Poszedłem do innego lekarza, okazało się, że problemem nie jest achilles, a ganglion w Trójkącie Kagera. Usunięcie płynu z gangliona chwilowo pomagało, ale mój trening wyglądał dramatycznie – biegałem 2-3 razy w tygodniu, nie byłem w stanie robić nic więcej, ból na to nie pozwalał. Jednak uparłem się – muszę przebiec ten maraton… I po 5 tygodniach z kilometrażem w okolicach 40km tygodniowo wystartowałem w Rotterdamie. Tam z ogromnym bólem i na 7 tabletkach przeciwbólowych przebiegłem maraton, wynik jaki uzyskałem był dramatyczny, ale chociaż mogłem nazwać się maratończykiem. Po powrocie z Holandii kolejna miesięczna przerwa na leczenie. Usuwanie płynu z gangliona i zabieg PRP przyniosły efekt – ból jakby ustąpił.

W czerwcu wróciłem do biegania, udało się nawet całkiem nieźle pobiec półmaraton we Wrocławiu. Jednak po 3-4 tygodniach okazało się, że znowu jest ból i nie da się normalnie trenować. To oznaczało kolejną serię wizyty u fizjoterapeutów, którzy obiecywali pomoc. Wszystko na nic, ból się nie zmieniał. Zrobiłem rezonans, który potwierdził obecność ganglionów w Trójkącie Kagera. Kolejne wizyty u lekarzy i wreszcie ostateczna decyzja – operacja. Jeżeli wyniki badań poprzedzających zabieg będą pozytywne – 29 listopada będę miał operację. To w tym momencie jedyna moja szansa na powrót do regularnego biegania. Czeka mnie artroskopia tylnej części stopy i lekkie “przycięcie” pięty.

O zdrowie walczę już ponad półtora roku. Od początku starałem się uniknąć operacji, ale się nie udało. Obecnie nie mogę biegać, jestem w beznadziejnej formie, mam sporo kilogramów za dużo. Operacja jest mi potrzeba nawet do normalnego funkcjonowania, w tym momencie nawet dłuższy marsz sprawia mi ból.

Czy wrócę do szybkiego biegania? Nie wiem, postaram się podjąć taką próbę, ale zdaje sobie sprawę, że to wiąże się z całą masą wyrzeczeń, na które mogę już nie być gotowy. Na pewno jednak zostanę w jakieś formie przy bieganiu – wspierając ideę parkrun czy trenując swoich zawodników. To ciągle sprawia mi przyjemność.

I taka jest historia upadku biegającego filozofa, który kiedyś potrafił przebiec 10km w 31 minut, a teraz ma problem żeby truchtać bez bólu przez 5 minut. W czasie postępującego upadku popełniłem wiele błędów, podjąłem mnóstwo złych decyzji, ale wszystko dlatego, że chciałem biegać i nie umiałem przestać. Może najwyższy czas po prostu zostać filozofem, bez tego wyczynowego biegania?

„Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł” (Alan Alexander MilneKubuś Puchatek)

P.S. Kto mnie zna, to wie, że tak łatwo się nie poddam 🙂

2019-11-12T17:06:03+01:30 12 listopada 2019|Mój trening|
Avada WordPress Theme