Bieg Chomiczówki 2018 – relacja

Decyzję o starcie w Biegu Chomiczówki podjęliśmy z Trenerem na samym początku przygotowań, bieg ten miał pokazać, w którym miejscu się znajdujemy i czy organizm prawidłowo reaguje na trening.

Do wtorku poprzedzającego start wszystko układało się idealnie, bez najmniejszych problemów realizowałem cały plan treningowy i czułem, że z tygodnia na tydzień jestem coraz mocniejszy. Jednak we wtorek wychodząc z autobusu źle ustawiłem nogę i skręciłem kostkę, początkowo sytuacja wyglądała bardzo słabo, noga opuchła i miałem problemy z normalnym chodzeniem. W głowie pojawiła się nawet myśl o rezygnacji z weekendowego startu. Dzięki pomocy kolegi, który jest fizjoterapeutą i konsultacji z Pawłem zdecydowałem się na udział w biegu. Kilometraż w tygodniu startowym nie był oszałamiający, gdyż w związku ze skręceniem kostki musiałem odpuścić zaplanowany bieg ciągły i zabawę biegową. Jednak wiedziałem, że te kilka lżejszych dni nie powinno mi zaszkodzić.

Tak kostka wyglądała w środę

W sobotę udałem się po numer startowy i zacząłem mentalne przygotowania do zawodów, które tym razem polegały  na udziale w konferencji naukowej dotyczącej biopolityki i zjedzeniu całej pizzy z cukinią 😉 Nie jest to chyba standardowy zestaw przedstartowy, ale jak się okazało u mnie zadziałał.

Start zaplanowany był na godzinę 11 w niedzielę, na Chomiczówkę udałem się trochę wcześniej, gdyż chciałem zobaczyć rywalizację na 5km, którą tradycyjnie wygrał Arek Gardzielewski. Jak czołówka ukończyła bieg na krótszym z dystansów udałem się na rozgrzewkę, w głowie miałem pewne obawy, bo wiedziałem, że czekają nas nawrotki, co na pewno nie spodoba się mojej ciągle dosyć mocno opuchniętej kostce.

Na linii startu okazało się, że w biegu udział weźmie naprawdę wielu mocnych zawodników i zajęcie miejsca w pierwszej dziesiątce będzie sporym sukcesem. Plan był taki żeby trzymać się grupy biegnącej tempem w okolicach 3:15 min/km. Odliczanie, wystrzał i ruszamy. Czuję się dobrze, ale wiem, że to dopiero początek. Biegnę z czołówką, pierwszy kilometr łapię 3:05, zdaję sobie sprawę, że to może być za szybko i z premedytacją czekam na drugą grupę. Jednak jak się później okazało kolejna grupa biegła za wolno i musiałem biec sam. Na całe szczęście, niejako „z pomocą” przybiegł mi Florek Pyszel, z którym biegłem aż do 10km, który minęliśmy w ok. 32:40. Gdzieś w tych okolicach zauważyłem Oskiera, który zdecydował zejść z trasy (przy okazji dzięki za doping).

Pomoc Florka okazała się nieoceniona – zdj. Festiwal Biegów

Do 10km biegło się naprawdę dobrze, czułem że jestem fajnie przygotowany i jest szansa do dobry wynik. Wraz z Florkiem dogoniliśmy Patryka Stypułkowskiego. Na 11 km postanowiłem wyjść na czoło grupy, chociaż nie było to przyspieszenie, to jak się okazało wraz z Patrykiem uciekliśmy towarzyszowi biegu. Odcinek między 12 a 14km był najwolniejszy, łapałem tam międzyczasy 3:24, 22, 23. Straciłem tam jakieś 10-15 cennych sekund, na pewno nie pomagały też cztery nawrotki, które znajdowały się na trasie, na każdej z nich moja kostka zdawała się krzyczeć „o nie Panie Filozof, tak dłużej się bawić nie będę” 😉 Na całe szczęście zabawiła się ze mną aż do samej mety 😊

Ostatni kilometr znowu był trochę szybszy (3:13), jednak na tym odcinku Patryk Stypułkowski był ode mnie dużo szybszy. Ostatecznie do mety dobiegłem z czasem 49:26. Nie jest to wynik moich marzeń, ale przyjąłem go z zadowoleniem, gdyż poprawiłem swoją życiówkę aż o 59 sekund.

Na mecie mogłem podnieść rękę w geście radości – zdj. Maratonczyk.pl

Co ciekawe w zeszłym roku wynik ten dałbym mi czwarte, czyli nagradzane miejsce. Tym razem musiałem obejść się smakiem. Uważam, że trasa nie była wcale szybsza niż w zeszłym roku, owszem w związku ze zmniejszeniem ilości pętli było mniej dublowania, ale pojawiły się aż cztery nawrotki, na których trzeba się praktycznie zatrzymać. Tak czy inaczej organizatorzy legendarnej już Chomiczówki kolejny raz spisali się bardzo dobrze, trasa w całości była odśnieżona i można było szybko biegać.

Liczby z biegu

Co mój wynik oznacza? Przede wszystkim pokazuje, że jestem w dużo lepszym miejscu niż w zeszłym roku, którego początek był dla mnie bardzo udany. Rekord życiowy jest także dowodem na to, że trening zaaplikowany przez Pawła działa i mój organizm powoli się do niego adaptuje.

Jednak nie ma najmniejszych podstaw do tego, aby spocząć na laurach. To był tylko pierwszy, bardzo malutki krok na linię startu docelowego biegu na 10 000m, który czeka mnie już w kwietniu. Dlatego zapominam o malutkim sukcesie odniesionym na Chomiczówce i zabieram się do ciężkiej pracy.

2018-01-24T23:03:18+01:30 24 stycznia 2018|Starty|
Avada WordPress Theme